W poszukiwaniu białych plam na mapie. Kunene Trek.

Nie wiem dlaczego „białe plamy” na mapie zawsze mnie interesowały. Myślę, że generalnie ciągną każdego wariata, który czuje „misję odkrywania świata”. Stąd wziął się mój pomysł na wyprawę do północnego Kaokolandu (pogranicze namibijsko-angolskie) i marsz wzdłuż rzeki Kunene, od wodospadów Epupa, aż po granice Parku Narodowego Wybrzeże Szkieletowe w północnej Namibii.
Kiedy przeczytałem książkę Gartha Owen-Smitha „An Arid Eden” opisującą życie i starania autora o zachowanie pierwotnej przyrody w północnej Namibii poczułem, że chcę, że muszę tam pojechać. Pierwszym człowiekiem, który zapędził się w te rejony był awanturnik Maudslay Baynes. W 1911 r. na zlecenie niemieckiej administracji kolonialnej miał zbadać te tereny.
Swojej ponad 3-miesięcznej wyprawy omal nie przypłacił życiem. O rejonie afrykańskiej rzeki pisał tak:

...ponure i groźne, choć dzikie Kunene ma chropowate piękno wymagających atrakcji. Rzeka przez sto mil wije się i wrze przez pustynne góry dochodząc do oceanu. Będąc jednocześnie sanktuarium gruboskórnych zwierząt, których księżycowe cienie odbijają się w spadających wodach, pośród milczących skał, i pod gwiaździstym niebem.

Od tego czasu pojawiło się kilku śmiałków eksplorujących ten teren. Każda z wypraw charakteryzowała się dużym ryzykiem, wyizolowaniem i stawianiem wszystkiego na jedną kartę. Ja, jak wielu przede mną, myślałem o spłynięciu Kunene, ale jej wybitnie górski charakter w połączeniu ze zdrową i głodną populacją krokodyli szybko rozwiał moje zapędy. Pozostało marsz wzdłuż brzegów.
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3

Kolacja dla krokodyla

To nie miało być moje pierwsze spotkanie z Kunene. Miałem juz za sobą dość łatwy trek wzdłuż jej brzegów od wodospadów Ruakana do Epupa. Raptem 200 km odcinek, który przeważnie prowadził drogą z rzadka uczęszczaną przez samochody o napędzie 4X4. Miałem wtedy, jak wielu moich poprzedników, wątpliwą przyjemność być przywitanym jednego wieczoru przez rosłego krokodyla, który postanowił posilić się moją osobą. Na szczęście zwiałem i krokodyl został bez kolacji.
Później dowiedziałem się jak bezpiecznie nabierać wody z rzeki (to woda pitna o bardzo dobrej jakości). Trzeba to robić zawsze w okolicy bystrza. Krokodyle po prostu ich nie lubią, bo trudno jest im się w nich zaczaić na ofiarę. Dowiedziałem się też, że te bestie są sporym problemem dla miejscowej ludności - czasem wychodzą na łowy w nocy i porywają psy i inne zwierzęta.

Tam gdzie biali nie chodzą.

Gdy już zbadałem łatwiejszą część rzeki, chciałem dotrzeć do jej ujścia. Ale to nie było już takie proste. Kiedy poprzednio (rok wcześniej), szedłem od wodospadów Ruakana do wodospadów Epupa, po drodze były osady ludzkie (ovahimba), nie wspominając już ze teren nie przedstawiał żadnych problemów i wody było pod dostatkiem. Ponadto miejsca startu i mety były łatwo dostępne komunikacyjnie. W przypadku dojścia do ujścia Kunene sprawa była bardziej skomplikowana.

Droga, mimo że ciągnęła się przez pierwsze 50 km, była prawie nie uczęszczana. (Czytaj: jeśli już ktoś się tam zapędzał czymś co ma 4 koła to było to wojsko w specjalnie do tego przystosowanych samochodach z częstotliwością może raz na 2 lata. Teraz już pewnie tylko tam latają, a na drodze pojawiają się wyłącznie amatorzy ciężkich wrażeń 4X4). Marsz drogą wygodną dla samochodu nie jest żadną przyjemnością. Liczne przewyższenia i nadrabianie kilometrów dały mi w kość. Sam teren to wysokie góry (do 1600 m. n.p.m) usiane niezliczoną ilością jarów, zbudowane w większości z olbrzymich głazów różnego pochodzenia i różnej konsystencji. Sensownej mapy oczywiście nie ma, jedyną, jaką udało mi się dostać w departamencie topografii w stolicy tego kraju, Winthouk, to mapa sprzed 12 lat w skali 1:250 000. Orientowanie się w terenie przy jej pomocy było raczej zgadywanką. Trek wzdłuż rzeki w przypadku Kunene nie oznacza marszu jej brzegiem - Kunene wielokrotnie wpada w wysokie jary i kaniony, przez które przetarła sobie drogę, a te wszystkie przeszkody trzeba omijać, żeby nie zapędzić się w ślepy zaułek. Wodę widziałem od czasu do czasu, nie wspominając już o nabieraniu jej z koryta rzeki.
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3

MIEJSCOWI

To wszystko wiedziałem wcześniej, bywając w Namibii z powodu mojej pracy kilka razy do roku. Wiedziałem też, że to co widzę na mapie czy zdjęciach satelitarnych to nie wszystko, że trasa może mnie jeszcze zaskoczyć. Nie wszystkie przeszkody są widoczne, wokół czyhają dzikie zwierzęta, trzeba sobie radzić z restrykcjami prawnymi i jeszcze zostaje logistyka…..
Miałem szczęście poznać mieszkańca Namibii, który przeszedł całą trasę wzdłuż Kunene. Był to emerytowany pułkownik sił specjalnych RPA, który służył w tych rejonach podczas wojny o niepodległość Namibii w latach 90-tych. Tak mu się spodobało w Kaokolandzie, że postanowił spędzić tu resztę życia. Obecnie prowadzi pole namiotowe przy wodospadach Epupa. Ta barwna postać jest dobrze znana w całej północnej Namibii.
Pamiętam dokładnie jak go poznałem. Zobaczyłem niskiego, krzepkiego mężczyznę po 60-tce. Schodził boso (jak zawsze po całym obozie) schodami z wysoko położonego na palach domku nad rzeką. Długa siwa broda zasłaniała pomarszczoną opaloną twarz, czoło natomiast zasłaniała wypłowiała od słońca czapka z daszkiem. Typowe nakrycie głowy białych farmerów południowej Afryki. Podałem mu rękę i wymieniliśmy uprzejmości.
- Dzień dobry, nazywam się Paweł Kilen i jestem z Polski. Chciałbym przejść z wodospadów Epupa do ujścia rzeki Kunene na wybrzeżu. Pamięta Pan może nasz korespondencje mailowa?
- A tak, oczywiście ze pamiętam. Hmmm… teraz nie mam za bardzo czasu, ale mój przewodnik chętnie opowie panu o przebiegu całej trasy. - Na Campie zawsze kręcił się ktoś z pracowników, jednego z nich Koos poprosił o zawołanie młodego chłopaka, mulata, o bardzo chwytliwym imieniu Sraem.

- Hej Sraem, jest tu kolejny głupi i zwariowany turysta, który chce przejść wzdłuż rzeki do Marienfluss i dalej. Proszę opowiedz mu trochę o trasie, to może mu się przydać.
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3

Himba - „żyjemy tu jak pawiany”

W dorzeczu Kunene od niepamiętnych czasów mieszka bardzo barwna społeczność plemienna nazywana Ovahimba. Kobiety tego plemienia słyną z nakładania na całe ciało czerwonej ochry, dzięki której ich skóra do późnej starości jest bardzo gładka. Są to ludzie urodzeni i wychowani w Kaokolandzie, co oznacza ze są w 100% przystosowani do egzystencji w tych warunkach. Teren półpustynny, temperatury latem sięgające grubo ponad 40 stopni Celsjusza, bardzo uboga dieta i niskie warunki higieniczne to ich codzienność. Kobiety prawie nigdy się nie podmywają, zamiast tego okadzają swoje narządy aromatycznym dymem. Jeden z członków plemienia powiedział mi: „żyjemy tu jak pawiany”, co dla jednych jest obelgą, a dla innych komplementem.

Pawiany słyną z tego, że potrafią przystosować się do niemal każdych warunków. Wielokrotnie widywałem pawiany w tak koszmarnie trudnym do przetrwania środowisku, że aż dziw brał jak to jest możliwe, że one dają radę tam egzystować. Tak samo jest z Ovahimba: ludzie ci piją wodę po której inny człowiek miałby biegunkę minimum przez 3 dni, jedzą prawie wyłącznie mączkę kukurydzianą wymieszaną z kozim lub krowim mlekiem. Mięso od czasu do czasu, jeśli się trafi oraz czasami twarde orzechy palmy Makalanii. Z tej palmy wyrabiają też alkohol, do którego mają wielką słabość. Często widuje się zamożniejszych członków tego plemienia w Opuwo (miejscowa stolica województwa) pijanych prawie od samego rana. Ovahimba oraz wodospady Epupa są magnesem do którego ciągną turyści w tej części Namibii. Życie wielu ludzi z plemienia Ovahimba znacznie się zmieniło w miejscach do których dotarła cywilizacja. Tam, gdzie nie ma turystów, jest trudniej dojechać, wygląda podobnie od setek lat.

Większość tymczasowych obozów tego pasterskiego nomadycznego plemienia można znaleźć na niewielkim wzniesieniu, gdzie jest przewiewnie. Domyślałem się, że to sposób na pozbycie się komarów. Przy obozie z reguły rośnie jedno lub dwa wiecznie zielone drzewa Bastia Albi Trunka nazywane „drzewem pasterzy”. To jedyne źródło cienia oraz wieszak na wszelkiego rodzaju odzież czy urządzenia domowe. Jeśli obóz jest zamieszkiwany przez dłuższy czas (parę miesięcy) to kobiety budują niewielkie okrągłe szałasy z patyków i gliny wymieszanej z odchodami zwierząt oraz trawy w których śpią z najmłodszymi dziećmi. Mężczyźni z reguły śpią na zewnątrz, w przygotowanym miejscu (odgarnięte kamienie, koc) pod gołym niebem. Każdej rodzinie towarzyszy stado kóz, czasem młodych cielaków (krowy pasą się samopas), które są pilnowane przez wyleniałe i wiecznie głodne psy.

Miejscem szczególnym jest ogień palący się przed wejściem do chaty kobiety, która jest pierwszą żoną mężczyzny. Spalają niemal wyłącznie ciemne i twarde drewno drzewa Mopane. Ogień potrafi palić się całą noc i dzień, ma wymiar duchowy. Obcym nie wolno przechodzić pomiędzy chatą a paleniskiem. Życie w obozie jest dość proste: dzieci do około 10 roku życia raczej zostają przy matkach i zajmują się zabawą lub drobnymi pracami domowymi. Starsi chłopcy wypasają kozy i resztę trzody. Generalnie im większe zwierze tym większy człowiek-pasterz. Koło 11 wszyscy ściągają do cienia, gdzie przesypiają lub przegadują całe popołudnie. Po 15 wracają do pracy.
Moje dni wypełnione marszem dość szybko zaczęły przypominać siebie nawzajem. Poranki był najprzyjemniejsze, wstawałem na godzinę przed świtem, żeby przyrządzić jedzenie i spakować obóz. Choć trochę się martwiłem, czy coś mnie w ciemnościach nie ugryzie, to teren dookoła zawsze był pusty. Kilka razy tylko miałem bliskie spotkania z skorpionami. Szybko zacząłem tracić rachubę w dniach, nie wiedziałem już jak długo jestem w drodze. Ruszałem około 6, kiedy zaczynało świtać. Jak na Namibie było wtedy chłodno, koło 25 C. Po godzinie pokazywało się słońce, które po 3 godzinach nie pozwalało mi dalej iść. Jak rdzenni mieszkańcy musiałem chować się do cienia. Znajdywałem go najczęściej gdzieś przy rzece w koronach nielicznych drzew. Gdy po 4 dniach walki z odciskami i trudnym terenem dotarłem do oazy przy rzece Onyesu postanowiłem tam odpocząć. Moje stopy były w opłakanym stanie, było już jasne, że będą mi schodzić paznokcie (co najmniej 5 i w tym te największe), poza tym miałem sporo ran, które wymagały podgojenie przed dalszym marszem.
Na dodatek przede mną był jeden z trudniejszych odcinków - musiałem nieść znacznie więcej wody niż zwykle. Odpoczynek był też okazją na rozmowy z ludźmi z plemienia Himba.

Podczas rozmowy z jednym z mówiących po angielsku przedstawicieli lokalnej społeczności doszedłem do ciekawych wniosków. Rozmawialiśmy o życiu w Europie i w Afryce. Mój rozmówca, jak można się było spodziewać, zaczął rozmarzać się o europejskich luksusach i wygodach życia. Wielu mieszkańców Afryki widzi tylko jedną stronę medalu, czyli bogaty, wymuskany biały z jego drogimi „zabawkami”. Gdy przedstawiłem mu perspektywy pracy od 8 do 16, kredytów, cen żywności, mieszkania, wykształcenia, urlopu lub jego braku, itd. zaczął się zastanawiać czy nie warto zostać tam gdzie jest. Pomimo tego, że może żyją jak pawiany, to cieszą się tą pierwotną wolnością która w naszym wymiarze prawie już nie istnieje. Europejczycy, którzy chcieliby żyć poza systemem muszą zrezygnować ze wszystkiego.

Po co ja to właściwie robię?

Wielokrotnie zadawano mi to pytanie: Dlaczego idziesz tam gdzie idziesz? Po co ty to właściwie robisz?

Wśród społeczności afrykańskich pojęcie podróżowania dla samego podróżowania jest niezrozumiałe, a czasem budzi nawet podejrzenia. Na szczęście podczas mojej poprzedniej podróży przez Afrykę miałem wymówkę: wracałem do domu. Tym razem musiałem wymyślić coś innego. Starałem się wyjaśnić ludziom, że idę tędy, bo chce zobaczyć jak tu jest i jak ludzie sobie radzą, jak wygląda ich życie. Jednak dociekliwość afrykańskich survivalowych pasterzy czasem jest bardzo trafna, sam zacząłem się zastanawiać po co ja to robię.
Człowiek z plemienia Himba widzi białego człowieka dźwigającego wielki „batoch” (plecak), z totalnie rozwalonymi stopami, który przyleciał z oddalonej o 11 godzin lotu Europy, żeby przejść niezamieszkałe góry i wrócić z powrotem.

Po co? Bo miał taki kaprys? Bo lubi się spocić 15 000 km od domu. Bo lubi jeść makaron przez 10 dni. Bo… ?
Dla nich, dla himba, tu nie ma żadnych „białych plam” na mapie. Oni znają tu każdą górę, mają swoje historie i legendy. Co z tego, że świat wie o tym tyle co nic.

Nie bez znaczenia jest też wątek rodzinny. Niedawno zostałem ojcem. Mam teraz dla kogo żyć, a moi bliscy się po prostu o mnie martwią. Zacząłem się zastanawiać, czy warto tak ryzykować dla zaspokojenia tylko i wyłącznie własnego ego?
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3

Lwy tu podobno nie przychodzą

Jednym z trudniejszych etapów wyprawy był całodniowy marsz przez góry Otjihimba do doliny rzeki Marienflus. Przez cały dzień i połowę następnego przy trasie nie było źródła wody. Musiałem ją nieść na plecach. Moje stopy były już w lepszym stanie, ale dzień i tak był wyczerpujący. Sama dolina Marienfluss okazała się być jednym z tych nieskończenie pięknych miejsc, do których nie docierają masowo turyści.

Któregoś dnia, w górach Bayens, wykończony schodziłem do jaru, gdzie szczęśliwie znalazłem niewielką stróżkę słonawej wody. Po drodze minąłem jamę, prawdopodobnie lamparta – jednego z najgroźniejszych drapieżników Afryki. Garth Owen-Smith pisał o lwach pustynnych, migrujących samcach, które jeszcze 50 lat temu zamieszkiwały te obszary. Niewielka populacja dalej żyje w okolicach Purows, 200 km na południe od Kunene. Nikt ze spotkanych po drodze osób nie powiedział mi, że podczas treku mogę spotkać drapieżne koty. W Campu Syncro, jednej z osad przy Kunene, dowiedziałem się, że 2 miesiące temu zabito w miejscu mojego noclegu samotnego lwa...

Problem i cała zabawa polega na…

Dlaczego każdy biały turysta, który zamierzy się na przejście gór Bayens oraz Otjihimba, i dalej na zachód, jest postrzegany jako szaleniec przez miejscowych białych? Jeśli ktoś wybierze się do północnej Namibii szybko zrozumie. Teren jest bardzo wyizolowany, często kilkadziesiąt godzin drogi od najbliższej pomocy medycznej. Góry są zbudowane z olbrzymich głazów, z rzadka porośniętych nielicznymi drzewami Mopane lub Kamifora, które zdołały się przystosować przez tysiące lat to tych warunków. Usiane są nieskończoną liczbą jarów i wąwozów, które rozgrzane w słońcu sprawiają, że czujesz się jak w piekarniku. Wszędzie można natknąć się na jadowitego węża, czarną mambę, kobrę albo jednego z wszędobylskich skorpionów. O krokodylach już wspominałem? Teren nawigacyjnie jest skomplikowany. Trudno co prawda zgubić kierunek, ale „darcie na krechę” jest dość kłopotliwe. Miejsca zaopatrzenia praktycznie nie istnieją, więc wszystko trzeba dźwigać na plecach (mój plecak na starcie warzył około 20 kg, nie licząc wody).

Przepis na porażkę

Z moich wcześniejszych podróży po Kaokolandzie miałem dość dobre wspomnienia, marsz w poprzednim roku, wzdłuż innej część Kunene, poszedł dość gładko, pora roku jaką wybrałem (sierpień – koniec zimy) wydawała się być optymalna. Dystans też nie był jakoś specjalnie powalający (200km do samego wybrzeża). Po rozmowie z Sraem miałem raczej jasny pogląd na to co przede mną i z lekką ręką określiłem czas przejścia pierwszej połowy trasy na około 6 dni (a zajęło mi to 9). Pierwsze dni szybko pokazały, że nie będzie tak prosto. Wyjazd był zorganizowany dość spontanicznie i nie byłem w najlepszej formie do pieszej wędrówki. Do tego dochodziła bardzo niska wilgotność powietrza i wysokie temperatury. Szybko zacząłem się odwadniać. Nie znając dokładnego przebiegu trasy trudno było mi przewidzieć którędy iść (bo ścieżek i ścieżynek było mnóstwo albo wcale) tak, żebym mógł regularnie schodzić do rzeki. Do tego doszło coś co storpedowało totalnie całe przedsięwzięcie - poranione stopy! Mimo tego że wziąłem letnie buty trekingowe rozchodzone wcześniej w Polsce, to dostałem dość szybko odcisków. W połączeniu z popołudniowym puchnięciem stóp to była prawdziwa katorga.
Kryzys przyszedł jak na złość gdy przede mną był najtrudniejszy odcinek (tak mi się wydawało), czyli Onyesu. Teren usiany jarami i zapadlinami musiałem przejść w palącym słońcu, bez wody. Wtedy skatowałem stopy najbardziej. Potem nie było lepiej – czekał mnie długi jar i kolejny odcinek półtoradniowy kiedy całą wodę musiałem nieść na plecach. Gdy dotarłem do niewielkiej wioseczki Himba, musiałem zrobić postój żeby dać odpocząć moim stopom. Po przedarciu się z powrotem do rzeki Kunene i kolejnym przymusowym dniu odpoczynku nadszedł ten faktyczny najtrudniejszy moment. Moje zapasy zaczęły się kończyć, nie miałem gdzie uzupełnić prowiantu, teren był prawie jałowy, wokół ciągnęły się skaliste góry. Wreszcie doszedłem do granicy z parkiem narodowym Wybrzerza Szkieletowego. Tam musiałem podjąć ostateczną decyzje: Wracać? Dalej mogło być tylko gorzej. Gonił mnie czas. Jeśli szedłbym dalej do wybrzeża, na pewno bym nie zdążył na jedyny możliwy transport z okolic Marienfluss.
Ostatecznie wróciłem do cywilizacji, żeby któregoś dnia wrócić i zaspokoić moją ciekawość. Wymazać białą plamę z mapy.
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3
© 2017 PAWEŁ KILEN

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie zdjęć i materiałów możliwe tylko i wyłącznie za zgodą autora.