Bambo raft on Mahakam

Do Long Bagun przypłynąłem łodzią motorowa z położonej o dzień drogi w górę rzeki Tiong Ohang. Pomiędzy tymi dwoma miejscowościami są tzw. „riau”, czyli bystrza o klasie nie mniej niż IV w skali WW(White Water), które blokują swobodny transport na jednej z największych rzek na Borneo, Mahakam. To jedyna „droga” do tej części wyspy. Wcześniej uprawiałem już swojego rodzaju hazard spływając nieznanymi mi rzekami trzeciego świata: Gangesem czy Serung Sen w Kambodży, i tym razem postanowiłem podnieść sobie poprzeczkę jeszcze wyżej. Rzeka wydawała się być idealna do spływu własnoręcznie zbudowana bambusową tratwą. Wiedziałem trochę o tratwach i byłem pewien, że teraz jest mój czas.
Tratwa okazała się na dodatek być jedyną rzeczą, na którą było mnie stać - niewielka łódka kosztowała w Long Bagun dość dużo, a mój budżet się kurczył. Jeśli chciałem dostać się niżej, rozwiązanie było jedno: zbudować tratwę. Widziałem fotografie, czytałem o nich i nawet widziałem kilka niewielkich tratw, lecz moja wiedza była powierzchowna. Na szczęście pierwszą noc, i jak się później okazało wszystkie kolejne, spędziłem na posesji bardzo przychylnego mi starszego człowieka. Na wieść, że zamierzam spłynąć tratwą bambusową zareagował z nostalgicznym uśmiechem. Okazało się, że kiedyś spływał na wielkich tratwach transportując bambus w dół rzeki, tak samo jak flisacy na Wiśle w XIX wieku i wcześniej.
Naturalnie postanowiłem skorzystać z jego wiedzy, nasza rozmowa wyglądała mniej wiecej tak:

- Di mana bambo di sini? (Gdzie tu bambus rośnie?) Stary człowiek machnął ręką i kazał mi iść za sobą. Minęliśmy cmentarz i niesamowite chaszcze i po niedługim czasie doszliśmy do dziarsko rosnących długich bambusów. Starszy mężczyzna uśmiechnął się szeroko:
- Di sini bania bambo, besar, bagus! (Jest tu dużo bambusa, wielki i dobry!)
- Apa orang punia di bambo? (A kto jest właścicielem?) - wolałem wiedzieć, niż wpakować się w kłopoty.
- Tida orang punia. (Nikt nie jest właścicielem.) – powiedział staruszek i powoli odszedł.

No to materiał jest, miejsce jest, przyjacielska ludność miejscowa jest. Czas na „Bambo Rakiet na rzece Mahakam – pomyślałem i poczułem przypływ energii. „Rakiet” po indonezyjsku znaczy „tratwa”, nie musiałem więc wymyślać nazwy dla mojej jednostki pływającej, „Rakieta z Bambusa” pasowała w sam raz!

PRODUKSI & MACIURI

Jeszcze tego samego dnia, po konsultacji na temat konstrukcji z moim gospodarzem, ruszyłem w kierunku lasu bambusowego z moją świeżo zaostrzoną maczetą. Lecz zanim zacząłem prace, musiałem przygotować nieco teren. Trzy godziny zajęło mi przecinanie 50-metrowej ścieżki przez zarośla, którą bez większych problemów mogłem nosić swój materiał na brzeg.

Samo ścinanie bambusa to ciężka praca, każda z żerdzi musi mieć 5 metrów długości, a objętości mniej więcej dobrego kufla od piwa. W tropikalnym upale nie należy to do "easy peasy", w dodatku dwa dni wcześniej rozpadły mi się buty i pracowałem w sandałach – owady wszelkie maści gryzły mnie po stopach. Te dwa dni spędzone na pracy w nadbrzeżnym lesie tropikalnym uzmysłowiły mi, jak ciężka jest praca plemion uprawiających „Ladang” czyli zmienną gospodarkę rolną w górach południowo-wschodniej Azji.
Ale to nie był koniec. Po dniach wycinki musiałem jeszcze przetransportować wszystkie materiały na brzeg, w uprzednio upatrzone miejsce.

Konstrukcja tratwy składa się z trzech warstw - każda po 30 żerdzi, powiązanych ze sobą i połączonych przez poprzeczne bambusowe żerdzie, wszystko związane plastikową linką i lianami z dżungli. Te ostatnie sprawdziły się wyśmienicie, choć dla pewności postanowiłem użyć plastikach linek kupionych w lokalnym sklepiku.

Trzeciego dnia budowania konstrukcji stało się coś, co zmusiło mnie do wskoczenia na tratwę. Zorientowałem się, że nie mam telefonu komórkowego i 200 dolarów w saszetce. Zostałem okradziony przez dwójkę sąsiadów.
Starszy pan ostrzegał mnie wcześniej przed ewentualnymi kradzieżami, mówił, że tu zamków w drzwiach nie ma i że powinienem zabierać całą kasę i aparat fotograficzny ze sobą do pracy. Tak też robiłem. Z drugiej strony nie można cały czas paranoicznie wszystkich podejrzewać, a te rzeczy przeszkadzały mi w pracy. Jednego dnia gdy transportowałem bambusy postanowiłem zostawić swój dobytek w niewielkim domku, w który spałem. Wieczorem brakowało kasy i telefonu.

Najgorzej jak na chwilę wyłączysz swoją czujność – powtarzam sobie zawsze w takich momentach.

Wezwanie policji niczego by nie zmieniło, zmarnowałbym tylko czas. Nie miałem już wyjścia – spłynięcie tratwą było jedynym sposobem, żeby się stąd wydostać. „Maciuri”, czyli po indonezyjsku złodzieje, pozbawili mnie kontaktu z osobami które czekały na mój sygnał i mogły mi ewentualnie jakoś pomóc, a pieniędzy miałem dosłownie na styk. Choć policjanci proponowali mi podwózkę w dół, ja już byłem myślami na mojej tratwie. Moja praca była prawie skończona, więc postanowiłem spłynąć najprawdziwszą bambusową tratwą po najprawdziwszej rzece w tropikalnym Borneo.

WODOWANIE

W dniu wypłynięcia pożegnać się ze mną przyszedł tylko mój gospodarz. Pełen emocji przeciągnąłem tratwę na bardziej wartki i głębszy nurt wystarczająco daleko od brzegu, żeby mnie nie zniosło na kamienie oraz małe bystrze. Miałem moment zawahania, obejrzałem się w kierunku brzegu, ale pomimo serca walącego jak młot wskoczyłem na ciężką platformę
i natychmiast zacząłem mocno wiosłować, przepychać się na bardziej spokojną wodę, z dala od bystrzy. Gdy już wiedziałem, że będzie dobrze, tratwa płynęła równo, obejrzałem za siebie i pomyślałem, że jedna przygoda się kończy, a zaraz po niej zaczyna nowa, i z wiarą w pomyślny spływ spojrzałem przed siebie.

SPŁYW

Szybko okazało się, że moja tratwa jest bardzo ciężka. Ważyła około 300 kg. Była kiepsko zwrotna i bardzo ciężko było ją przepchnąć nawet o parę metrów. Pozostawało tylko poddać się nurtowi. Kiedy nurt nie był zbyt silny, byłem w stanie dowiosłować do brzegu. Wiedziałem, że muszę cały czas obserwować rzekę - jeśli zobaczę albo usłyszę bystrze z daleka mam czas na reakcję.
Drugiego dnia nie udało mi się wpłynąć w odpowiednią gardziel i tratwa uderzyła w wystające drzewo na bystrzu. Zazgrzytało, prostokąt mojej tratwy zmienił się w romb. Obróciło mnie. Miałem czarne myśli, ale na szczęście po zderzeniu tratwa dalej płynęła równo. Zostało mi tylko przygotować się na wejście w następne nieduże bystrze i wyłowić sandała, który wpadł do wody.

LOGISTYKA I NIESPODZIEWANA PAMIĄTKA

• Codziennie wstawałem koło szóstej, nie później niż o ósmej byłem juz na wodzie. Płynąłem do piątej po południu. Dni, jeśli świeciło słońce, były niemożliwie gorące. Przez upał szybko zużywałem wodę, a jej zdobycie nie było wcale proste. Woda z rzeki naturalnie nie nadawała się do picia. Jedynym jej bezpiecznym źródłem były małe strumienie lub deszcz. Kiedy padało miałem co prawda co pić, ale podnosił się poziom wody w rzece i płynęło się znaczenie trudniej. Deszcz równie dobrze mógł mi więc przynieść zbawienie albo zagrożenie.

• Spałem najczęściej w opuszczonych chatach w pobliżu "Ladang" - na stokach górskich wykarczowanych pod uprawę bananów lub ryżu, położonych tuż nad brzegiem rzeki. Ich zaletą jest to, że maja dach, palenisko i są położone na bezpiecznej wysokości nad korytem rzeki. Zapewniały mi minimum komfortu, którego podczas wieczornych opadów nie dawała przymała plandeka.

• Dwukrotnie zostałem zaproszony przez miejscowych do domu. Podczas jednej wizyty mój gospodarz okazał się być imigrantem ze znacznie wyżej położonego Long Apari. Miał dość sporo oryginalnych ozdób w swoim unoszącym się na rzece domu. Po kolacji z wyśmienitych rybek zaproponował mi wymianę na parangi – długi nóż/maczeta tradycyjnie wyrabiany i używany przez plemiona Dayakow. Byłem zaszczycony, upewniłem się trzy razy czy na pewno chce się wymienić i odebrałem swoją nagrodę za przejście Muller Range od mieszkańca tych rejonów.

LONG IRAM - DO SAMARINDY - (KONIEC SPłYWU)

Do Long Iram dotarłem 25 czerwca po południu. Dalej rzeka była już monotonnie nizinna, z wieloma meandrami i mniej interesującym otoczeniem w większości przekształconym przez człowieka. Spływ łącznie zajął mi 5 dni. Trzeba przyznać, że choć nie był długi, godziny spędzone na tratwie dłużyły mi się wystarczająco. 26 czerwca wsiadłem na prom płynący do Samarindy - jednego z najbardziej śmierdzących miast Indonezji! Po pobycie w dziewiczej dżungli w sercu Kelimantan przybycie do tego miasta było dość traumatycznym doświadczeniem.

Ktoś mnie zapytał:
- To co teraz?
Nie miałem planów. Życie pokaże!
© 2017 PAWEŁ KILEN

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie zdjęć i materiałów możliwe tylko i wyłącznie za zgodą autora.