Z nurtem Gangesu do Kalkuty

Rozbiłem namiot na niezamieszkałym brzegu Gangesu w Waranasi. Siadłem na piasku i patrzyłem na święte miasto nocą. Tłumy wiernych zbierały się na cowieczorny obrzęd – pudża. Modły kapłanów niesione przed wodę nie pozwoliły mi spać. Leżałem w namiocie z otwartymi oczami i myślałem o tym, że Waranasi jest kolejnym wyjątkowym miejscem w Indiach. Rzeka szumiała łagodnie i kiedy już prawie zasypiałem w głowie zaświtała mi myśl: A może by tak spłynąć Gangesem do Kalkuty?
Po czterech miesiącach w Himalajach, przekraczaniu lodowców i wspinaniu się na sześciotysięczniki, czułem że nie ma rzeczy niemożliwych.

Następne kilka dni poświęciłem na znalezienie odpowiedniej łódki, targowanie się i zmagania z indyjską biurokracją. Skończyło się na ładnej (tak mi się przynajmniej wtedy wydawało), zgrabnej łódce z drewna i jakiegoś lekkiego stopu metalu oraz 4000 rupii mniej w kieszeni.

OLBRZYMI GANGES

Szybko okazało się, że nie będzie tak łatwo. Przede mną było ponad tysiąc kilometrów do Kalkuty dość mocno zanieczyszczoną wodą. W Indiach zawsze jest problem z wodą pitną, a ja oczywiście pomimo tego że płynąłem wielką rzeką, wodę musiałem zdobywać na brzegu w wioskowych studniach „głębinowych”. Miałem też duży kłopot ze znalezieniem chrustu na opał. 90 procent ludzi w Indiach nadal gotuje na ogniu, co jest dodatkowym czynnikiem przyczyniającym się do wylesienia. W pobliżu Gangesu jest jeszcze trudniej znaleźć chrust, bo jest używany do palenia zwłok. Żeby wieczorem móc rozpalić ognisko musiałem być czujny przez cały dzień.

Ganges to święta rzeka, hindusi wrzucają do niej prochy zmarłych. Niestety nie każdego stać na chrust potrzebny do całkowitego spalenia ciała, więc czasami mijałem nadpalone zwłoki. Pomimo tego cieszyłem się naturą, bo Ganges na wielu odcinkach to przepiękna rzeka nizinna, z licznymi meandrami, wyspami, bogatą fauną. Kilka razy widziałem delfiny nazywane w hindi „sos” endemiczne dla tego zakątka świata, będące na liście gatunków teoretycznie wymarłych. Podobno są całkowicie ślepe, co zadziwia biorąc pod uwagę ilość sieci rybackich jakie widziałem po drodze. Skoro delfiny są ślepe to jak udało im się przetrwać?
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3Zdjęcie 4Zdjęcie 5Zdjęcie 6Zdjęcie 7
Rzeka jest nieasmowicie szeroka, miejscami rozciąga się nawet na kilka kilometrów, wtedy nie widać prawie drugiego brzegu. Czasami również jest niebezpieczna - wielokrotnie zmagałem się z silnym wiatrem, dużymi falami, nie wspominając o wirach. Wtedy nie pozostawało mi nic innego tylko wolno wiosłować tuż przy brzegu i liczyć na szczęście.
Oczywiście zadbałem o swoje bezpieczeństwo, jednak czerwona czapka z daszkiem, scyzoryk w kieszeni i gwizdek na szyi musiały wystarczyć. Na próżno w Waranasi szukałem kamizelki ratunkowej, tą są Indie, tutaj nikt nie zawraca sobie głowy takimi rzeczami. Czasami ręce mi opadały, gdy napotykałem dwóch nastoletnich pastuchów przeprawiających się przez rzekę o szerokości o 2 km na grzbietach krów.
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3

STRZAŁY Z BRZEGU

Któregoś dnia płynąłem dziarsko unoszony nurtem rzeki, gdy z brzegu ktoś zaczął do mnie krzyczeć żądając żebym się zatrzymał. W pierwszej chwili pomyślałem: “co mi tu będzie jakiś hindus głowę zawracał”, ale szybko okazało się, że ignorowanie rozkazów jest średnim pomysłem. Zaraz po krzykach rozległ się wystrzał z broni palnej i wtedy wiedziałem już, że nie ma żartów. Podpłynąłem do brzegu i natychmiast padły pytania o telefon komórkowy i pieniądze. Jednocześnie zobaczyłem wymierzoną we mnie strzelbę. Czułem jak napinają mi sie mięśnie na całym ciele, nie chciałem łatwo się poddawać, tym bardziej, że nie zanosiło się na to,
żeby napastnicy mieli zamiar wyciągać mnie z łódki „za fraki”. Było ich kilku i mieli broń, ale kiedy opanowałem nerwy wydali mi się naprawdę niegroźni. Był środek dnia, kawałek dalej na brzegu byli inni ludzie. Postawiłem wszystko na jedną kartę i postraszyłem ich moimi koneksjami w rządzie i wojsku (wszystko zmyślone). Moja bardzo zdecydowana postawa zadziałała, bo „bandyci” odpuścili, a ja odpłynąłem. Podejrzewam, że to byli policjanci szukający okazji do wyłudzenia pieniędzy od przestraszonych turystów.

KALKUTA

Po 24 dniach dotarłem do Kalkuty. Przez trzy tygodnie wstawałem codziennie o świcie, koło 5.30 i płynąłem do zmroku. Zatrzymywałem się wielokrotnie w ciągu dnia, bo wzdłuż Gangesu jest tak wiele wiosek, że wciąż spotykałem przeprawiających się na drugi brzeg ludzi. Piłem z nimi herbatę, czasami udawało mi się kupić coś do jedzenia.

W jednej trzeciej spływu chciałem sprzedać łódkę i dalej jechać autostopem. Prawda jest taka, że przeliczyłem się z tą rzeką. Źle obliczyłem dystans, albo za mało się na nim skupiłem. Lekkomyślnie założyłem, że spływ zajmie mi koło 15 dni, a zajął prawie 10 dni więcej. Po drodze musiałem sobie radzić z dziurami w łódce, infekcją stopy, hałasem niepozwalającym mi spać w nocy... Łatwo więc sobie wyobrazić jaki byłem szczęśliwy, kiedy dopłynąłem na miejsce!
Nagrodą były reakcja właściciela hotelu, przy którym zaparkowałem łódkę, na moją historię. Zaproponował mi częściowy sponsoring, konferencję prasową oraz pomoc przy wydostaniu się z Indii do Tajlandii.

Niestety jak to w Indiach bywa z organizacją, konferencja była przekładana wielokrotnie. Spotkałem się za to z dziennikarzem z lokalnej gazety, ukazało się kilka artykułów o mojej przygodzie. Spływ przyniósł mi chwilę lokalnej sławy oraz mnóstwo nowych znajomych. Miałem też bilet na samolot do Bangkoku.
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3Zdjęcie 4Zdjęcie 5Zdjęcie 6Zdjęcie 7

OSTATNIE SPOJRZENIE NA INDIE

Wyszedłem jeszcze przed świtem. Na ulicy jak zawsze mijałem domy z kartonów. Kiedy wsiadłem do sędziwego „ambasadora”, samochodu, który można spotkać tylko na drogach Indii, poczułem ulgę. Przedmieściami jechaliśmy na lotnisko, w niektórych koślawych domach już paliły się światła, ktoś szedł ulicą. Kalkuta budziła się do życia. Patrzyłem ostatni raz na to miasto, gdzie w jako jedynym w Indiach,
samochody jeżdżą po swoich pasach, a ludzie czekają na zielone światło. Metro jest jakby żywcem wyciągnięte z lat 70-tych z Nowego Yorku. Reklamujące się jako multikulturalne Indie tu są jeszcze bardziej multikulturalne, żyją tu wyznawcy hindi, muzułmanie, protestanci, katolicy, buddyści, żydzi, Ormianie i trudno powiedzieć kto jeszcze.
Przy lotniskowej bramce funkcjonariusz służb celnych zadaje mi pytanie, które wielokrotnie słyszałem podczas mojego ponad półrocznego pobytu w tym kraju
- Do you like India?
- Yes, I like – odpowiadam automatycznie. Po co wchodzić w szczegóły.
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3Zdjęcie 4Zdjęcie 5Zdjęcie 6Zdjęcie 7
© 2017 PAWEŁ KILEN

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie zdjęć i materiałów możliwe tylko i wyłącznie za zgodą autora.