Trawers Borneo - czyli biały w dżungli.

Była środa rano, australijskie słońce wpadało przez okno, a ja pakowałem się w pośpiechu. Prześcieradło i kawałek plandeki zamiast śpiwora i namiotu, jedno ubranie na dzień i jedno na noc, minimum sprzętu, puszka survivalowa, bilet na samolot z Medan do Kuala Lumpur, do którego nie wsiądę... Coś jeszcze? Maczetę kupię po drodze. Skserowana mapa z książki w bibliotece, jedyna jaką udało mi się zdobyć, a na niej tylko nazwy rzek i miejscowości.
Nie ma dokładnych map tego rejonu świata, przez mgły zdjęcia satelitarne są bezużyteczne, a gęstwina dżungli i góry uniemożliwiają stworzenie szczegółowej mapy topograficznej. W Internecie nie ma właściwie żadnych informacji, tylko ogólnikowe opisy wycieczek z biurem podróży.

Byłem gotowy. Po czterech tygodniach treningów byłem w formie. Wyszedłem z domu i odetchnąłem głęboko.
To nie miał być mój pierwszy raz w lesie tropikalnym, chodziłem po górach w Laosie i na półwyspie malajskim, obszedłem Ko Tarutao w Tajlandii. Ale to była pierwsza taka wyprawa: bez podpuchy, bez zasięgu telefonii komórkowej, bez osoby która może podać rękę. Prawdziwa przygoda w dżungli. Ukoronowanie mojej włóczęgi po Azji południowowschodniej. Tak, przejście Muller Range - górskiego grzbietu w sercu Borneo, zamieszkiwanego przez legendarnych łowców głów, barwnie opisane przez znanego podróżnika, Jacka Pałkiewicza, to idealny finał.

Właściwie nikt nie wiedział o moim planie. Bilet powrotny był podpuchą dla służb celnych, inaczej nie dostałbym wizy indonezyjskiej. Umówiłem się z mamą, że jeśli nie odezwę się po trzech tygodniach to zawiadomi ambasadę Polski w Jakarcie. Nie było sensu meldować się u miejscowej policji, wiadomo, że nie chcą brać za nikogo odpowiedzialności.
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3
Samolotem z Perth do Kuala Lumpur i dalej do Kuching, autostopem do Putussibau, motocyklem-taksówką do wioski Long Ira i dalej łodzią dotarłem do Tanjung Lokang. Dwa dni drogi w górę rzeki Kapuas, w 10-metrowej, załadowanej po brzegi łodzi. Po obu stronach gęsta dżungla.

Kilka razy w ciągu dnia łódź trzeba było przepychać przez bystrza i kaskady wodne. Patrzyłem na tych silnych, zręcznych ludzi z podziwem.
Było coś pięknie pierwotnego w tym jak sobie radzą w walce z naturą. Są dumni ze swojej postawy, atletycznej budowy, umiejętności. Kiedy pytałem ludzi w Tanjung Lokang o drogę patrzyli na mnie jak na szaleńca. Nie wiedzieli jak przejść przez masyw górski. Dowiedziałem się czegoś dopiero od zbieraczy ptasich gniazd, czasem pracujących jako tragarze dla turystów. Narysowali mi mapę węglem na kartonie od papierosów.
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3Zdjęcie 4Zdjęcie 5Zdjęcie 6Zdjęcie 7
Ruszyłem. Ścieżka czasami się pojawiała żeby zaraz zniknąć. Wielokrotnie przechodziła przez większe i mniejsze strumienie. Musiałem być niesamowicie uważny. Jedna ścięta liana mogła wskazać odpowiedni kierunek. Wielokrotnie się zatrzymywałem i krążyłem w poszukiwaniu śladu, musiałem wyrąbywać sobie ścieżkę lub brodzić po pas w wodzie. Nie odnalazłem żadnego z punktów wcześniej opisywanych przez życzliwych mi Dajaków z Tangiung Lokang. Byłem wykończony i trochę wystraszony. Wniosek był jeden: to rzeczywiście nie jest takie proste! Jeśli tak dalej będzie to jedyną rozsądną opcją będzie odwrót. Jedyną pocieszającą myślą było, że wiedziałem którędy wracać. Po 6 godzinach takiej ciuciubabki dotarłem do bardzo wyraźnej ścieżki odbijającej w górę zbocza. Ale to nie była dobra droga. Po kolejnych godzinach marszu musiałem wrócić z powrotem do rzeki gdzie oprócz zmroku zastała mnie burza.

Burze w dżungli są straszne. Nasiąknięte konary olbrzymich, starych drzew obrywają się pod własnym ciężarem i spadają. Bardzo łatwo można oberwać takim konarem w głowę, bo w czasie tropikalnego deszczu mało co widać i słychać - olbrzymie krople ulewy odbijają się od gęstej roślinności z hałasem i zagłuszają nawet myśli.

Noc w lesie tropikalnym zapada w ciągu dosłownie kilku minut. Wiedziałem, że mam mało czasu. Zebrałem kilka niewielkich świeżo ściętych patyków oraz kawałek liany i zawiesiłem na nich plandekę żeby schować wszystkie rzeczy przed deszczem. Zacząłem zbierać chrust, co wcale nie jest takie proste, bo w równikowej wilgoci prawie nic nie jest suche. Rozpaliłem ogień i zrobiłem nad nim zadaszenie, jak nauczyli mnie Dajakowie. Zrobiłem sobie nawet łóżko z bambusa. Zasnąłem szybko, ale nie na długo, bo obudziło mnie ugryzienie. Zaraz potem poczułem kolejne i zapaliłem czołówkę żeby zobaczyć napastnika. Byłem otoczony przez armię mrówek. Ich jad jest tak silny jak ukąszenie osy. Wszystkie moje rzeczy też były całe w mrówkach. Mrówki były wszędzie, w pozycjach bojowych jak by na coś czekał, kiedy się ruszyłem, a to im się nie podobało, gryzły. Wstałem wykonując jak najmniej ruchów prowokujących moich niespodziewanych gości i wyszedłem na deszcz. Stałem, wielki krople kapały mi na głowę, był środek nocy, głęboka dżungla. Nie za bardzo wiedziałem gdzie dokładnie jestem. W głowie miałem kłębek myśli, najbardziej wyraźną z nich była „Paweł nie minęło nawet 24 godziny, a ty jesteś w totalnej dupie”.

Na szczęście okazało się, że mrówki nie były zainteresowane mną tylko ćmami zwabionymi zapachem potu i kiedy przeniosłem wszystkie rzeczy w inne miejsca dały mi spokój.

Trzeciego dnia spotkałem czterech przewodników-tragarzy i niemieckiego turystę Timo. Pytałem o ścieżkę, jednak Timo jej nie widział, był prowadzony przez swoich dobrze opłaconych przewodników. Powiedzieli mi też o ostatnim tragicznym wypadku w okolicy: turysta złamał nogę, wysłał tragarzy po pomoc, ale nigdy go nie znaleźli.

Przede mną był najcięższy odcinek. Musiałem iść cały czas korytem rzeki, mijając wiele bocznych strumyków. Tylko dzięki śladom moich poprzedników wiedziałem, że jestem na dobrej drodze. Bawiliście się kiedyś w tropiciela śladów? To coś takiego, tylko od dobrze wypatrzonej złamanej gałązki zależy twoje życie. Dzięki temu, że szedłem prawie cały czas w wodzie, miałem co pić. Piłem wodę prosto z rzeczki, w moim budżecie ani plecaku nie było miejsca na urządzenie filtrujące. Jadłem przeważnie ryż, rano z cukrem, suszonymi owocami i mlekiem w proszku, wieczorem z suszoną rybą.
Dżungla nigdy nie cichnie. Odgłosy owadów, ptaków, spadających gałęzi otaczają cię ze wszystkich stron. Gdzie nie spojrzysz jest oszałamiająco zielono, a widoczność nie przekracza 10 m. Trudno się tu rozeznać co do kierunków geograficznych, pory dnia czy roku. Prawie zawsze jest tak samo. Zapachy są bardzo różne, lecz przewarza butwiejąca roślinność.

Dżungla to piekło i raj w jednym. Jeśli wiesz czego szukać, z czego korzystać, jak się poruszać, jeśli to twój dom, to dżungla jest rajską, kolorową krainą. Jeśli nie wiesz nic, twoja europejska sylwetka utrudnia ci poruszanie się, skóra krwawi od ciągłych zadrapań, ciężko dyszysz, odwodniłeś się, nie wiesz gdzie znaleźć wodę i jak rozpalić ogień.
Atakują się pijawki, komary, meszki, mrówki, a twój plecak waży dwa razy tyle co na początku, bo nasiąkł wodą, to dżungla jest piekłem.

Po sześciu dniach marszu przez góry i tropikalny las zszedłem do doliny rzeki Mahakam we wschodnim Kalimantan. Zanurzyłem się w rzece, chłodna woda obmywała moje ciało, a ja nie mogłem uwierzyć, że mi się udało. Byłem pierwszym białym człowiekiem, który sam, bez niczyjej pomocy przeszedł masyw górski Mullera.

Trzy dni później dotarłem do Long Bagun. Zbudowałem tratwę z bambusa żeby spłynąć rzeką 200 km do Long Iram. Ta przygoda to oddzielna opowieść...
Od napotkanego Dayaka dostałem prezent. Piękny oryginalny parang – symbol i narzędzie w jednej postaci. Długi nóż, którym rdzenni mieszkańcy Borneo posługują się w dżungli. To dla mnie największa nagroda, dowód uznania od miejscowych ludzi. Na Borneo mówią, że ten, kto przejdzie przez góry staje się znacznie starszy niż jest w rzeczywistości.
Zdjęcie 0Zdjęcie 1Zdjęcie 2Zdjęcie 3Zdjęcie 4Zdjęcie 5Zdjęcie 6Zdjęcie 7
© 2017 PAWEŁ KILEN

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie zdjęć i materiałów możliwe tylko i wyłącznie za zgodą autora.